To było w marcu, a może kwietniu 2003r. Moja firma stawiała wtedy pierwsze kroki. A ja razem z nią. Telefon dzwonił rzadko więc, gdy usłyszałam wtedy jego dźwięk, cała aż się poderwałam. Dzwonił młody człowiek i szukał opieki dla swojej babci.

- „ Ja nie mogę się nią zajmować przez tyle godzin. Mam firmę, często wyjeżdżam, w dodatku nie mam żadnego pojęcia o pielęgnacji … Babcia by się krępowała. Poza tym ona jest coraz słabsza. Chyba potrzebna jest pielęgniarka.”

Odłożyłam słuchawkę, ale w środku wszystko we mnie dygotało. Mieszanka zdenerwowania, podekscytowania i przerażenia. MÓJ PIERWSZY KLIENT !

Za dwa dni stałam razem z wybraną pielęgniarką Justyną przed drzwiami ogromnej kamienicy w samym centrum Poznania. Pamiętam duży i dosyć pusty pokój z ogromnym łóżkiem, a w nim malutka staruszka, tak drobna, że prawie niewidoczna. Pamiętam też, jak przestraszyłam się całej tej sytuacji, gdyż było widać, że pani Lisolette żyła już na granicy dwóch światów.

Wyszłam stamtąd ogromnie zdenerwowana. Pierwsza myśl: „Przecież nie kształciłam się w tym kierunku. Skończyłam Uniwersytet, ale nie Medyczny. Miałam wizję tego CO chcę robić, ale czy gorące pragnienie, by pomagać ludziom to nie za mało? Czy 6-miesięczna praktyka przy ciężko chorej teściowej wystarczy?”

Pani Lisolette pozostała pod naszymi skrzydłami przez kilka tygodni. Justyna perfekcyjnie zapanowała nad wszystkim.

Ale pytanie: „Czy dam sobie radę?” powróciło do mnie już za kilka miesięcy, gdy do Centrum Opieki Domowej Helpmed zadzwoniła córka pani Uli. Łamiącym się głosem opowiedziała o ostatnim marzeniu jej Mamy chorej na raka krtani. Wyniszczona po wielu operacjach i chemioterapii, umęczona wielomiesięcznym pobytem w szpitalu – chciała umrzeć w domu.

Po tej rozmowie znowu powróciło do mnie to znajome odczucie w sercu: „Muszę zrobić wszystko, by pomóc tej kobiecie”. Jeszcze wtedy nie zdawałam sobie sprawy, jakie to będzie trudne.

Przez kilka dni non stop wydzwaniałam w poszukiwaniu właściwych pielęgniarek.

- „Tak- opieka w domu. Stan bardzo ciężki. Rurka tracheostomijna. Odsysanie. Konieczne podawanie tlenu”.

Reakcja była zawsze taka sama – „boję się tej odpowiedzialności.” Wiedziałam, że marzenie pani Uli jest prawie niewykonalne. Nikt w Poznaniu nie chciał się podjąć opieki w domu nad tak bardzo chorym człowiekiem. Pozostawał szpital.

Nie mogłam się poddać. Pani Ula czekała na moją odpowiedź. Nie mogłam jej zawieść. Nie teraz!

I nie zawiodłam. Spośród setki pielęgniarek, z którymi rozmawiałam, znalazłam trzy. Trzy dzielne kobiety, które nie przestraszyły się odpowiedzialności i czuwały przy jej łóżku aż do końca. Dla nich pragnienie pani Uli, by godnie odejść z tego świata we własnym domu, wśród kochających ją osób, było ponad strachem o „czy sobie poradzę?”.

To było jedno z najtrudniejszych wyzwań w historii Helpmedu.

Minęło już sporo lat od tamtych rozterek. Dziś wiem, że dałam radę. Codziennie razem z cudownymi współpracownikami czuwamy nad tym, by starsi i chorzy ludzie oraz ich rodziny mimo wszystko pozostawali szczęśliwi we własnych domach.