Pierwszy impuls do powstania firmy Helpmed był jak mocne drgnienie serca. To było dawno temu.

Zanim poszłam do przedszkola codziennie o 6 rano mój tato przywoził mnie swoją syrenką do domu dziadków. Spędziliśmy 3 lata przecudownych chwil i wspólnych rytuałów. Towarzyszyłam dziadkowi jak rozpalał piece w każdym pokoju, a ja uważnie wpatrywałam się w tańczące ogniki. Potem karmiłam ptaszki chlebem, który dziadek kroił w równą kosteczkę. A po śniadaniu codziennie wychodziłam z babcią na rynek po świeże warzywa i owoce. W drodze powrotnej wstępowałyśmy do przyjaciółki babci, sparaliżowanej po potrąceniu przez samochód wiele lat wcześniej.

Do dzisiaj mam w głowie wyraźne obrazy z tamtych wizyt. Ciocia Elżunia, bo tak ją nazywałam miała metalowe długie szczypce, którymi chwytała to, czego nie mogła dosięgnąć. Pamiętam jej współlokatora chorego gołąbka, bez jednej nóżki, któremu wysypywałam ryż z papierowej torebki.

Ciocia Elżunia poruszała się samodzielnie na wózku, ale najwięcej trudności sprawiało jej pokonywanie wysokich progów między pokojami.

Może dlatego po kilku latach przeprowadziła się razem ze swoją przyjaciółką panią Izą do nowocześniejszego mieszkania. Niestety też na 3 piętrze. Odwiedzałam ją przez wiele kolejnych lat. Stała się dla mnie powiernikiem wielu tajemnic, pomagała rozstrzygać młodzieńcze dylematy, opowiadała o Powstaniu Warszawskim, w którym brała udział i które odebrało jej Największą Miłość.

Ja starałam się odwdzięczyć świeżo upieczonymi ciasteczkami i porcją najnowszych wiadomości z nastoletniego świata. Byłam dla niej jak powiew świeżości i młodości, do której tęskniła. Czekała na nasze spotkania, bo zamknięta w czterech ścianach mogła w ten sposób zakosztować codzienności z innego wymiaru.

Z biegiem lat dostrzegłam jak coraz trudniej jest im razem funkcjonować. Dwie najbliższe sobie schorowane staruszki i masa obowiązków, z którymi coraz mniej sobie radziły ze względu na uchodzące siły. Niejednokrotnie mówiły, że najlepiej jak umrą razem, bo żadna nie da sobie rady bez drugiej. Aż stanęły przed dramatyczną decyzją „co dalej?”, jak przed ścianą nie do przejścia.

Ciocia Elżunia przeprowadziła się do domu opieki prowadzonego przez siostry zakonne.

Tak i to był właśnie ten moment, gdy serce drgnęło mi po raz pierwszy. Gdy przekroczyłam progi tego domu, który z domem nie miał nic wspólnego. Do dzisiaj widzę rzędy łóżek z ciężko chorymi kobietami. Moja ciocia Elżunia zmieniła się nie do poznania. Myślę, że jedyne o czym marzyła to wyrwać się stamtąd jak najszybciej do lepszego świata. Moje serce płakało razem z nią. Tak jak i one, nie mogłam pogodzić się z tą decyzją.

Przyniosłam cioci mojego walkmana, by zanurzyła się w świecie muzyki, ale ona była już za słaba, by go obsługiwać. Zmarła kilka dni potem. Pani Iza, jej najbliższa przyjaciółka dwa tygodnie po śmierci mojej kochanej cioci, źle się poczuła. Zdążyła jeszcze zadzwonić po karetkę, ale gdy dojechała pomoc, zastała ją leżącą z słuchawką w ręku . Jej serce dosłownie pękło z żalu. Leżą w jednym grobie, tak jak chciały.

A ja wtedy zrozumiałam, ile znaczy być „do końca” we własnym domu, wśród bliskich, obok ukochanych przedmiotów, które znamy na pamięć, bo od lat mają swoje stałe miejsce.Gdyby wtedy istniała moja firma, ciocia Elżunia i pani Iza nigdy nie musiałyby stawać przed tak dramatyczną decyzją.Tak, właśnie wtedy boleśnie doświadczyło tego moje nastoletnie serce, ale zrozumienie przyszło znacznie później.