Nie zapomnę tej chwili do końca życia. Lipiec 2002r. Na dworze upał, słońce, czyste niebo. Środek wakacji. Opustoszałe miasto. A ja od godziny wyczekuję pod drzwiami pani ordynator. Tu jest inny świat, w którym rządzą swoje prawa. Skulam się w sobie jak tylko się da i cała trzęsę ze strachu przed nieznanym.

W końcu drzwi się otwierają. Cała rozmowa trwa zaledwie kilka minut. Zupełnie inaczej niż na amerykańskich filmach. Brutalna diagnoza przekazana w niezrozumiałym języku, bez emocji, bez słów wyjaśnienia.

Mam mętlik w głowie i z tym uczuciem muszę żyć jeszcze przez wiele tygodni. Rozpaczliwie szukam pomocy, gdzie tylko się da, chociaż w głowie prześladują mnie słowa: „Nie ma ratunku” .

To, co wydarzyło się później przypomina przysłowiową drogę przez mękę. Do dzisiaj nie wiem, jak poradziłam sobie z całym bagażem, który spadł na mnie i moją rodzinę w jednej chwili.

W samym centrum naszych trosk Kochana Osoba, zaprzęgnięta w bezduszną machinę szpitalną. Każdego dnia odzierana z człowieczeństwa. I gasnąca.

Pamiętam to uczucie – jakbyśmy wszyscy zostali zamknięci w szklanej kuli. A cały świat obok wirował w zwariowanym tempie, zupełnie niezrozumiany.

Cierpienie było tak duże, że drażniły uśmiechnięte twarze ludzi mijanych na ulicy, czy dźwięk wesołej muzyki płynącej z radio.

Po 6 miesiącach nadszedł dzień ostatniego pożegnania. I przenikająca cisza …

W tej ciszy usłyszałam swoje kiełkujące pragnienie: chcę pomóc innym ludziom, którzy znajdą się w podobnej sytuacji. Aby pomóc im przejść przez ten trudny czas.

I tak zrodziła się moja firma – Centrum Opieki Domowej Helpmed.

Dzisiaj po wielu latach od tamtego impulsu, wiem że było warto.

Pomogliśmy już setkom rodzin. Doświadczyliśmy wspólnie wielu wzruszeń, ale co najważniejsze na teraz to nieustanna troska by Miłość Godność i Bezpieczeństwo gościły na co dzień w domach naszych podopiecznych.

By czuli się tam szczęśliwie, zgodnie z maksymą: „Wszędzie dobrze ale w domu najlepiej”.